miesiąc rozważań

„W elektrycznych pociągach podmiejskich tzw. „żółtkach” na początku i koñcu każdego składu (zwykle jeżdżą po dwa składy) znajdują się specjalne przedziały „dla podróżnych z większym bagażem” Głównie można tam spotkać podróżnych z większym bagażem życiowym (pijących wódkę, wino, piwo i jarających fajki), ale czasami trafiają się też rowerzyści.”  (cytat z http://www.koloroweru.pl/strony/tr_pociag_0.html )
 
od kilku dni zastanawiam się jak wciągnąć samodzielnie rower do pociągu innego niż KŚ. Przecież w tych drzwiach z plecakiem czasem ciężko się przecisnąć.. nie mówiąc o kierownicy. Za najlepszą propozycję rozwiązania uraczę mrożoną herbatą (; dodam, że poświęcenie 5 minut na to (bo jeszcze sakwy osobno) nie wchodzi w grę, a rama mojego roweru nie sprzyja wnoszeniu go na głowie (;ceepus
Zdjęcie z cyklu „ja i rower” prosto z Zagrzebia. Mój wspaniały katowickirower jest obecnie na przeglądzie, aparat fotograficzny również, ale już od 20 maja wszystkie zdjęcia/obrazy zamieszczone na blogu będą notatką z podróży, której sens i cel przybliżę wkrótce.
Przede mną 25 dni składania bagażu.
Reklamy

„Jadąc do..

..Babadag
No więc przestrzeń to tylko wieczna teraźniejszość.. Mrozy z Ukrainy i Rosji suną nad Rumunię. Bukaresztańska znajoma mówi do słuchawki: „Very, very cold”. Próbuję sobie wyobrazić nagą i lodowatą Deltę, i siny lód zarastający kanały, ale przychodzi mi to z trudem, ponieważ wcześniej muszę pokonać w myślach całą przestrzeń, która mnie dzieli od Sfintu Gheorghe i Suliny;  Saris, Zemplen, Szabolocs-Szatmar, Maramuresz, Transylwania, Baraganul, Dobrudża… Muszę sobie wyobrazić, jak mróz wchodzi w te wszystkie miejsca, które pamiętam z wiosny i lat. Muszę otrząsnąć się z tamtych upałów jak pies z wody, bo nie potrafię uwierzyć, że między Samovą i Niculitel jest teraz zimno, że świnie nie tarzają się w pyle ubitych na beton glinianych podwórek za trzcinowymi płotami i śnieg leży na strzechach lepianek stojących wzdłuż krętej szosy, z której widać już Ukrainę i białe statki płynące dunajską odnogą Chilia. Z trudem wyobrażam sobie, że z podłogi autobusu nie podnosi się gorący kurz, a topolowy zagajnik obok promowej przeprawy do Gałacza stoi nagi, bezlistny i pusty, bez tych facetów pijących wódkę – piętnaście tysięcy lei za flaszkę – kupioną w rozgrzanym jak piec blaszanym sklepiku. To prawie niemożliwe, że teraz w Bratianu jest zupełnie inaczej, że pijaczkowie najprawdopodobniej gdzieś przepadli, że zniknęły też psy przy przeprawie, stada nastroszonych szczeciniastych kundli, wyglądających jak młodsi bracia tych lumpów – jedni i drudzy tak samo smutni i wysuszeni słońcem.
Tak, nie mam wyobraźni, i dlatego powinienem się pakować, upychać po kieszeniach drobiazgi, paszport, jakieś pieniądze, powinienem wybierać się w drogę, żeby sprawdzić jak jest naprawdę. Zawsze gdy zmienia się pora roku albo pogoda, powinienem zwijać najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszać we wszystkie te miejsca, gdzie już byłem, żeby przekonać się, czy jeszcze istnieją(…)”
Andrzej Stasiuk , Jadąc do Babadag, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004